Historia dokumentacji

Przypadek jak tysiące innych - on poznaje inną kobietę i odchodzi z domu. Na tym podobieństwo z tysiącami przypadków się kończy... Zapraszam do lektury, mając świadomość, że przedstawione fakty, mogą czasami wydawać się niedorzeczne i niewiarygodne.

Cała historia opisana jest poniżej. Zostawiam ją dla cierpliwych i nie życzę miłej lektury, bo nic pozytywnego tam nie ma a kończy się tak (pisałem to w wakacje 2009r.): "Wyrok został zażalony przez obie strony. Ja konsekwentnie wnoszę o powrót dzieci do Warszawy i do opieki naprzemiennej. Udowadniam absurdalność podejmowanych do tej pory decyzji, w świetle zgromadzonego materiału. Zamiennie, jeśli dzieci zostaną we Włocławku, o kilka godzin widzeń więcej i rozsądniejszy podział wakacji (nie miesiąc bez przerwy a co dwa tygodnie). Uzasadnienie jest długie i poparte dowodami. Żona wnosi o mniej czasu dla dzieci ze mną i więcej pieniędzy (3000zł). Uzasadnienie jest krótkie i jak zwykle absurdalne.

Zagadka - który wniosek znajdzie uznanie w oczach Sędziów SA?

Ja wątpliwości nie mam - przegram. Pytanie tylko, czy ta przegrana jest przegraną moją, czy dzieci. Ja, po dotychczasowych decyzjach Sądów, od dwóch lat jestem na wakacjach. Właściwie mógłbym odpuścić i kiedyś pokazać dzieciom papiery, które są bardzo mocnym alibi na moją nieobecność w ich życiu w wymiarze, o który się starałem. Pragnę uspokoić tych, którzy mi kibicują - przegrałem bitwę, ale wojna będzie trwała jeszcze kilka lat i zakończy się wtedy, gdy dzieci samodzielnie będą mogły decydować o miejscu swojego zamieszkania.main photo Zamierzam wykorzystać to minimum, które wywalczyłem i żyć z dziećmi tak, by kiedyś podjęły dobrą decyzję."

Sprawa w SA odbyła się na początku grudnia 2009r. Wróżba w postaci odpowiedzi na zagadkę, była prawidłowa. Schemat zwyciężył, mimo że dowody były oczywiste. W sumie nie narzekam. Wyrwałem dla dzieci mnóstwo czasu ze mną i uniknąłem absurdalnie wysokiej podwyżki i tak absurdalnie wysokich alimentów. Apelacja mojej już byłej żony, została oddalona praktycznie w całości. Moja, przeszła w kilku drobiazgach, dotyczących czasu spędzanego z dziećmi. Jak na polskie warunki, powinienem odtrąbić sukces i upajać się zwycięstwem. W końcu widzimy się prawie 3 miesiące w roku. Ostatnie dwa zdania z historii, pozostają jednak aktualne i wyrok SA niczego w strategicznych postanowieniach nie zmienił.

W dniu rozprawy w SA (piątek) pojechałem po dzieci. Oczywiście nie dało się zrobić tak, by dzieci przyjechały z matką do Warszawy, skoro i tak tu jechała. Z Włocławka pojechaliśmy na niezwykłą wycieczkę do Krakowa. Wycieczka była niezwykła, ponieważ jednym z jej punktów, była wizyta u Pani psycholog Profesor Jadwigi Cieszyńskiej. Dlaczego tam i dlaczego akurat ten specjalista? Jednakowo daleko od Warszawy i Włocławka a osoba Pani Profesor, nie budząca podejrzeń o to, że napisze opinię po badaniu, dyktowaną przeze mnie. Wynik… gorszy niż się spodziewałem i bardziej subiektywny, niż sam mógłbym sobie wymyśleć. Dzieci mają piekło i tęsknią za normalnym domem, który znają z Warszawy. Zachęcam do lektury opinii Ali i Kacpra. Zachęcam również, do porównania tej opinii z raportem RODK z Włocławka. W jednym z emaili do mnie Pani Profesor pisała: "Drogi Panie Arku, więź emocjonalną najlepiej buduje się z małymi dziećmi podczas częstych kontaktów. Z pewnością emocje miedzy Panią Sylwią i dziećmi zostały ukształtowane jeszcze podczas pobytu w Warszawie." Logiczne jest zatem, że w badaniu RODK, więź ta powinna zostać uwypuklona. Nic z tych rzeczy. "Specjaliści" z Włocławka, zająknęli się jednym zdaniem na 12 stronach: "Polubiła przyjaciółkę taty, spędza z nią dużo czasu w atrakcyjny dla niej sposób". We Włocławku funkcjonuje jeszcze jeden "specjalista", psycholog - Aneta Sokołowska. Walczę z nią od roku o udzielenie informacji, na temat przebiegu terapii dzieci. Postawa Pani psycholog jest… zaskakująca. Wszystko opisane jest w drobiazgach.

Nawiązałem kontakt ze szkołą dzieci. Spotkanie, na moją prośbę, zorganizowała Pani Dyrektor. Obecne były, Pani Dyrektor, Pani Wychowawczyni, Pani Pedagog i Pani Nauczycielka organizująca kolonie letnie. O koloniach (bardzo ciekawe) w drobiazgach. Nie wiem, ilu ojców w tej szkole, spotkało się w takim gronie i dyskutowało przez półtorej godziny o swoich dzieciach, ale mnie się udało. Jestem zbudowany po tej wizycie. Moja żona chyba nie ma tam znajomych i nie będę traktowany jak w przedszkolu, o którym też można poczytać w drobiazgach.

Co dalej? Prof. Jagoda Cieszyńska i Grono Pedagogiczne ze szkoły, sugerują "odpuścić" i wykorzystywać do maksimum, to co mam, bo mam bardzo dużo. Co zrobię? ...

Historia od początku

Ze wspólnego mieszkania wyprowadziłem się 1. lutego 2006r. Powoli wprowadzałem dzieci w świat dwóch domów i wreszcie od listopada 2006r. zaczęły przebywać ze mną dwa dni w tygodniu (wtorek, czwartek, łącznie z noclegiem) oraz co drugi tydzień w piątek, sobotę i niedzielę. Dzieci bardzo dobrze poznały moją obecną partnerkę, polubiły ją, zaakceptowały i wnosząc z zachowania wobec niej do dnia dzisiejszego, są zadowolone z jej obecności w ich życiu - zapraszam do galerii, jest tam wiele zdjęć dzieci z czarnowłosą kobietą, która nie jest ich matką. Po wprowadzeniu opieki naprzemiennej wszystko układało się tak jak założyłem - dzieci zaakceptowały i przyzwyczaiły się do takiego rozkładu tygodnia i miesiąca a z drugiej strony nie widziały ostrych dyskusji, jakie od czasu do czasu prowadziłem z żoną, pod ich nieobecność w naszym wspólnym mieszkaniu. Co ważne, dyskusje dotyczyły tematów ekonomicznych i wzajemnego informowania się o dzieciach w czasie wyjazdów. Żonie zdarzało się zapomnieć poinformować mnie, że szczęśliwie dojechała, lub spóźniać się z powrotem z wycieczki np. do dziadków. Nigdy z jej strony nie było sprzeciwu dotyczącego opieki naprzemiennej. Fakt ten znalazł potwierdzenie w dokumentach sądowych - wystąpiła o ustanowienie miejsca pobytu przy niej dopiero po ucieczce do Włocławka - 18 miesięcy po wprowadzeniu naprzemiennej opieki. Mechanizm opieki naprzemiennej funkcjonował bardzo dobrze. Dzieci miały stały kontakt z obojgiem rodziców a ich rozwój psychiczny był niezagrożony. Potwierdziło to potem badanie w RODK we Włocławku.

Podsumowując - dzieci przebywały ze mną przez dwa tygodnie w miesiącu, regularnie opłacałem bieżące rachunki, czynsz za mieszkanie i raty kredytu, w którym nie mieszkałem od dwóch lat, a w którym przebywały dzieci z żoną. Ewa G. do 06.2007r. (16 miesięcy od mojego wyprowadzenia się z domu), korzystała z kart kredytowych, wydając dużo więcej niż zarabiała. W międzyczasie kupiłem jej samochód - pięcioletni Renault Laguna, żeby dzieci mogły bezpiecznie podróżować. Od 08.2008r. zacząłem płacić alimenty a karty kredytowe zostały zlikwidowane, gdyż moje prośby o ograniczenie wydatków, nie przynosiły żadnych skutków. Sąd przyznał alimenty w wysokości 1200zł miesięcznie, dokładnie tak jak wnosiłem w pozwie rozwodowym. Mimo komfortowej sytuacji ekonomicznej (dobra pensja, alimenty, wcześniej dostęp do kart kredytowych, opłacone mieszkanie, dzieci ubierane przeze mnie i żywione przez dwa tygodnie w miesiącu) w dniu 12.09.2007 r. na rozprawie świadkowie mojej żony stwierdzili, że jej sytuacja ekonomiczna jest bardzo zła.

Dramat zaczyna się w dniu 7.02.2008r wieczorem, kiedy to bez uzgodnienia ze mną, żona zabrała córkę i syna z miejsca zamieszkania i wyprowadziła się z nimi do swoich rodziców, do Włocławka. Telefonicznie poinformowała mnie, że nie jest w stanie określić daty powrotu. Poinformowała mnie również, że powinienem się spodziewać wizyty policjantów. Ma to być forma kary za moje zachowanie w dniu 7.02.2008r. rano. Wtedy to doszło do sprzeczki i krótkotrwałej szamotaniny z teściową. Świadkiem zdarzenia było jedno z dzieci - syn Kacper. Po czasie dowiedziałem się od niego, że doskonale pamięta zdarzenie i to, że mama z babcią były agresywne w stosunku do mnie. Sprawa ciągnie się do dzisiaj i opisana jest w drobiazgach. Do połowy marca 2008r. żona w trakcie naszych telefonicznych rozmów nie potrafiła określić daty powrotu do Warszawy. Przez cały ten czas, dzieci były fizycznie izolowane ode mnie, jak i mojej najbliższej rodziny. W związku z tym skierowałem do Sądu Okręgowego w Warszawie wniosek o wydanie dzieci jak również wniosek o zabezpieczenie kontaktu z dziećmi. Sąd Okręgowy przekazał wniosek o wydanie dzieci do Sądu Rodzinnego stwierdzając swoją niewłaściwość. Sąd Rodzinny odpisał mi 7.04.2008r. zadając pytanie, czy nadal popieram wniosek o wydanie dzieci - uwaga - w okresie ferii zimowych!!! Sąd Okręgowy przesłał wnioski do Sądu Rejonowego stwierdzając swoją niewłaściwość. Sąd Rejonowy 23.04.2008r. wyznaczył rozprawę o wydanie dzieci na 27.05.2008r. po czym 9.05.2008r. anulował ją. Otrzymałem świstek, w którym nie było nawet napisane, dlaczego! Przez telefon dowiedziałem się, że Sąd Rejonowy wysłał akta do Sądu Okręgowego w celu reasumpcji miejsca rozprawy, gdyż w tej chwili matka przebywa z dziećmi we Włocławku i tam wg Sądu Rejonowego powinna odbywać się rozprawa. Napisałem skargę na Sąd Rejonowy, tymczasem Sąd Okręgowy uznał argumenty i zdecydował, że rozprawa zostanie przeniesiona do Włocławka!!! Zażaliłem tą decyzję i Sąd Apelacyjny uznał moje racje. Tak oto sądowe zabawy w poszukiwanie właściwej placówki, która miała rozpatrzyć zabezpieczenie kontaktu z dziećmi, zmarnowały kolejne miesiące. Na końcu i tak nic z tego nie wyszło, ponieważ Sąd odrzucił moje wnioski, gdy wróciły po wielu miesiącach na salę rozpraw.

16 marca (urodziny dzieci) żona poinformowała mnie telefonicznie, że podjęła decyzje o tym, iż pozostanie z dziećmi we Włocławku. Zrezygnowała z bardzo dobrze płatnej pracy na własne życzenie, w ogóle nie biorąc pod uwagę swojej sytuacji materialnej i zobowiązań, jakie wynikają z zaciągniętego przez nas w trakcie małżeństwa kredytu hipotecznego. Jak się potem okazało zarabiała 3000zł netto miesięcznie. "Rozwój" kariery zawodowej mojej żony, we Włocławku jest imponujący. Kilka miesięcy pracy za 1400zł i utrata pracy, kilka miesięcy pracy za 850zł netto i utrata pracy, od czerwca 2009r. zasiłek dla bezrobotnych. Niestety zachowanie takie w żaden sposób nie jest traktowane przez Sąd, jako brak dojrzałości i odpowiedzialności. Sędziowie widzą tylko suchy fakt marnych zarobków i na tej podstawie ustalają alimenty. O Moje możliwości i źródła finansowania wysokich alimentów, nikt nie pyta - mam mieć i już...

W tym dniu udałem się do Włocławka. Chciałem zobaczyć moje dzieci i w dniu ich święta złożyć im życzenia, wręczyć prezenty. Na oczach dzieci w trakcie odwiedzin zostałem pobity przez brata Ewy G. i jej ojca. Interwencja policji zakończyła się zgłoszeniem na Komisariacie Policji we Włocławku. Historia miała ciąg dalszy i znalazła finał w Sądzie. Sprawę wygrałem. Cały przebieg opisałem w drobiazgach, do lektury zapraszam.

main photoDo czasu wydania przez Sąd zabezpieczenia czasu spotkań z dziećmi, poza miejscem ich przebywania z matką, przyjeżdżałem do Włocławka w każdej wolnej chwili. Zważywszy jednak na to iż pracuję, pokonuję trasę Warszawa - Włocławek ( 170 km - 2,5 h jazdy samochodem) w godzinach popołudniowych. Kilkakrotnie dochodziło do interwencji policji oraz dzielnicowego, gdyż żona nie chciała, po moim przyjeździe umożliwić mi kontaktu z dziećmi. Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek stanę się współautorem takich zdarzeń, ale one niestety wydarzyły się naprawdę. Widywałem się z nimi w miejscu neutralnym, publicznym. Nie miałem żadnej możliwości swobodnego porozmawiania z nimi. W spotkaniach, brali zawsze udział, żona i jej młodszy brat. Dzieci zmuszane były do wysłuchiwania niestosownych komentarzy pod moim adresem, wmawiano im, że chce je porwać, straszono, że chcę zabić ich mamę, cały czas powtarzano, że moja obecna partnerka, którą znają i akceptują jest ,,złą i wredną kobieta, która chce je zabrać mamusi". Okrutne szczegóły opisałem w dzienniku widzeń z dziećmi.

Żona zapisała dzieci do przedszkola we Włocławku. Byłem u dyrektor przedszkola i widziałem wnioski. Na wnioskach była informacja "samotna matka". W takim przypadku przedszkole nie wymaga podpisu drugiego rodzica. Zgłosiłem przestępstwo, polegające na poświadczeniu nieprawdy i wprowadzenia w błąd urzędnika państwowego. Sprawę zlekceważyła i próbowała zakończyć umorzeniem prokuratura. Doprowadziłem do rozprawy, na której ostatecznie sprawę zlekceważył Sąd, twierdząc, że to nie ja jestem poszkodowany, tylko przedszkole(!) i nie ja mogę się ewentualnie od decyzji prokuratury odwołać. W taki oto sposób Sąd zalegalizował pobyt dzieci w przedszkolu we Włocławku, łamiąc prawo rodzinne, które w jednym z artykułów mówi o wspólnym podejmowaniu przez rodziców ważnych dla dzieci decyzji.

Skierowałem do Sądu wniosek o skierowanie na badania w Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno-Konsultacyjnym. Sąd poprosił żonę o ustosunkowanie się do tego wniosku. Nigdy ustosunkowanie takie do Sądu nie wpłynęło. W międzyczasie wystąpiłem z wnioskiem do Sądu o opinię biegłego psychologa. Sąd wniosek oddalił i odmówił podania przyczyn takiej decyzji. Badanie w RODK we Włocławku odbyło się 18.11.2008r. Lektura tego dokumentu budzi smutek i niepokój. Wiele w niej sprzecznych informacji i mało treści, o którą pytał Sąd. Zamiast odpowiedzi dzieci na kluczowe pytania, subiektywne zdanie osób przeprowadzających wywiad. Zamiast konstruktywnych wniosków końcowych, wyrwane z kontekstu moje zdanie, które dyskwalifikuje mnie jako opiekuna. Jednym słowem, w najważniejszych fragmentach opinii, brak profesjonalizmu i tradycyjna solidarność narządów rodnych. Są też informacje ważne, takie jak ta, że po 9 miesiącach, od wywiezienia dzieci z Warszawy do Włocławka, dzieci bardzo tęsknią nie tylko za mną, ale również za moją partnerką.

Na rozprawie 4.04.2008r. złożyłem wniosek o ustalenie miejsca pobytu dzieci przy ojcu. Równolegle moja żona złożyła wniosek o ustalenie miejsca pobytu przy niej. We wniosku tym roiło się od bzdur i nieścisłości, które wykazałem ustosunkowując się do jego treści. Mimo wykazanych absurdów Sąd oddalił mój wniosek i przyjął wniosek pozwanej. Lektura uzasadnień decyzji Sądu do obu wniosków pokazuje działający w Polsce mechanizm - nieważne co się napisze, nie ważne jakie są fakty w sprawie, ważne jest, który wniosek napisała matka, bo to on bez względu na treść zasługuje na poparcie. Złożyłem zażalenie do Sądu Apelacyjnego, który potwierdził w swojej decyzji siłę słowa matka, które niczym czarodziejskie zaklęcie, potrafi omotać każdy umysł, bez względu na doświadczenie i miejsce w sędziowskiej hierarchii.

W dniu 10.04.2008r. wniosłem o zabezpieczenie kontaktu na czas 30.04.2008r - 4.05.2008r. Sąd przychylił się do wniosku i spędziłem z dziećmi 5 dni. Moja żona oddała mi dzieci nie przygotowując dla nich niczego na wycieczkę. Wsiadły do samochodu tak jak wyszły z domu - w kurtkach i dresach. Nie było bielizny na zmianę, kapci, szczoteczek itp. Wycieczka zrealizowana została tak, jak zapisałem w uzasadnieniu wniosku. Zdjęcia z wycieczki w galerii maj 2008r.

W dniu 7.05.2008r. na rozprawie wniosłem o zabezpieczenie kontaktu na czas 31.05.2008r - 7.06.2008r. Sąd przychylił się do wniosku mimo sprzeciwu mojej żony, która twierdziła że 7 dni to za długo i wystarczy 5... Na rozprawie Sąd poprosił o szybką deklarację planów wakacyjnych. Wysłałem do Sądu stosowny wniosek. W dniu 27.06, na dwa dni przed pierwszym proponowanym terminem, Sąd zdecydował o wakacjach. Sąd przychylił się do pierwszych dwóch terminów, zabrał mi jeden tydzień z trzeciego terminu (bo Ewa G. planowała w tym czasie urlop) i w ogóle nie odniósł się do ostatniego terminu. Zażaliłem decyzję w tej części. W uzasadnieniu decyzji pojawiła się pierwsza jaskółka. Sąd po raz pierwszy zauważył, że Ewa G. nie potrafi oddzielić walki ze mną, od wychowania dzieci i że postępowanie to jest złe. Sąd przyznał mi w sumie 5 tygodni w wakacje z dziećmi. Ewa G. postanowiła zażalić to postanowienie, twierdząc, że to za długo. W uzasadnieniu po raz kolejny dała popis umiejętności kluczenia, zestawiania zdarzeń wyrwanych z kontekstu. Na zażalenie odpisałem uzupełniając opisane przez Ewę G. zdarzenia, tak by stworzyły chronologiczny i logiczny ciąg. Zażalenie Ewy G. zostało skierowane do Sądu Apelacyjnego z sądu Okręgowego, mimo braków formalnych - powołane dwa załączniki, nie zostały załączone. Nie wiem, czy to normalna praktyka, ale faktem jest, że Sąd Apelacyjny akta wraz z zażaleniem Ewy G. otrzymał. SA rozpatrzył zażalenia moje i żony i wydał postanowienia. Zażalenie pozwanej dotyczące dalszego ciągu wakacji zasługiwało wg SA na uwzględnienie i zostało przyjęte. W taki oto sposób, na trzy dni przed spotkaniem, straciłem tydzień z dziećmi, który mieliśmy spędzić na wycieczce w Tatry Zachodnie. Wycieczka udałaby się znakomicie, bo pogoda w pierwszym tygodniu września była piękna. Niestety okazało się, że nie rozumiem prawdziwych potrzeb dzieci i powagi sytuacji, jaką jest pierwszy tydzień w zerówce. Wg SA, był to bardzo ważny tydzień w ich życiu. W rzeczywistości dzieci nie przeżyły niczego ciekawego - poszły do tego samego przedszkola, w którym były od kwietnia. Moje zażalenie dotyczące miejsca pobytu dzieci zostało odrzucone. Uzasadnienie odrzucenia zażalenia miejsca pobytu, to kuriozum. SA poparł stanowisko SO, opierając się na ustaleniach, które podważyłem, wykazując rażące błędy. Całe uzasadnienie to ciąg zdań, które jedno po drugim ukazuje niezrozumienie istoty problemu i wręcz akceptuje i popiera postępowanie Ewy G. To był już drugi przypadek, kiedy Sąd składający się z bardziej doświadczonych sędziów, uległ magii słowa matka.

W dniu 12.05.2008r. i 14.05.2008r. miały miejsce zdarzenia opisane w dzienniku widzeń z dziećmi. Od 12.05.2008r do 30.05.2008r nie miałem z dziećmi żadnego kontaktu. Po czasie dowiedziałem się, że dzieci prosiły, by do mnie zadzwonić. Mama nie zgodziła się, argumentując to... wyładowaną baterią w telefonie. Tłumaczyła dzieciom, że przecież ja mogę zadzwonić...

31.05.2008r - 7.06.2008r spędziliśmy wspólnie Wydarzenia z tego tygodnia, warte są upublicznienia. Dowiedziałem się od dzieci, że:
- nie mogły do mnie zadzwonić, bo telefon się rozładował,
- mama ma niebieską teczkę, w której gromadzi dla nas materiały ze sprawy (wątek ten pojawił się zapewne po tym, gdy tłumaczyłem dzieciom, że są za małe, by zrozumieć to co się teraz dzieje, ale kiedyś dostaną razem z naszą kroniką cały zgromadzony materiał, który czeka w żółtej teczce),
- jestem niebezpieczny i zagrażam jej życiu, dlatego nie mogą wrócić do Warszawy,
- straszę mamę, że będę się z nią rozwodził jeszcze pięć lat,
- mama każe zabierać na spacery z tatą hulajnogę, żeby jak najmniej siedzieć, bo wtedy tata opowiada głupoty,
- że już niedługo mama kupi nowy domek,
- że jak wrócą, to mama zorganizuje im wycieczkę tam, gdzie tylko będą chciały,
- że w nowym przedszkolu nikt się z nimi nie bawi.

Tydzień z dziećmi upłynął nam u moich rodziców i w Warszawie, gdzie dzieci chodziły do starego przedszkola na kilka godzin przez trzy dni. O takim planie rozmawialiśmy od wielu tygodni, gdyż bardzo chciały odwiedzić swoich starych przyjaciół. Trafiliśmy na obchody 35-lecia przedszkola, kilka zdjęć z festynu w galerii. Na jednej z późniejszych rozpraw usłyszałem zarzut, że wysłałem je do przedszkola, ponieważ... nie miałem dla nich czasu.

11.06.2008r. odwiedziłem dzieci we Włocławku. Kilka dni wcześniej odwiozłem je roześmiane, po tygodniowym pobycie u mnie. Ala nie chciała wyjść z domu i iść na spacer. Namówiłem ją tylko na krótkie spotkanie na klatce schodowej. Dzieciak miał wystraszone, załzawione oczy i wyraźnie się bał. Nie wiem co się stało, ale zmiana od pobytu u mnie, była dramatyczna. Na spacer poszedłem z Kacprem i "ochroną". Żona poinformowała mnie, że powinnyśmy iść z dziećmi do psychologa. Do tej pory twierdziła, że dzieci czują się we Włocławku bardzo dobrze i nic złego się nie dzieje, pisała o tym w wielu pismach, również dostępnych na tej stronie. Wieczorem napisałem do żony e-mail, który pozostał bez odpowiedzi...

Kończąc spotkanie 11.06 zapowiedziałem się , że przyjadę za tydzień. Dzień przed przyjazdem napisałem maila, żeby się przypomnieć. Przyjechałem 19.06 i zastałem zamknięte drzwi. Przez telefon dowiedziałem się, że się nie umówiłem i że nie mogę się zobaczyć z dziećmi. Prosiłem przez telefon o informację, gdzie są dzieci i usłyszałem, że nie dostanę takiej informacji, bo nie umówiłem się wcześniej. W dniu 25.06 rano pilnie w sprawach służbowych musiałem wyjechać w okolice Włocławka. Zadzwoniłem o 8 rano do Ewy G. i powiedziałem, że odwiedzę dzieci w przedszkolu. Usłyszałem, że... mi nie wolno. Wyjaśniłem, że nie dzwonie, by zapytać o zgodę, bo póki co, nikt praw do dzieci mi nie odebrał a dzwonię, by powiadomić, że będę w przedszkolu i zabiorę dzieci na pól godziny, takim czasem bowiem dysponuję. Przyjechałem do przedszkola ok. południa i... dzieci w przedszkolu już nie było. Od przedszkolanek dowiedziałem się, że dzieci były w przedszkolu, ale zostały niedawno z niego zabrane przez dziadków. Pojechałem do domu, w którym dzieci na co dzień przebywają i zastałem zamknięte drzwi. Telefon do Ewy G. i znana już odpowiedź - nie powiem ci, gdzie są dzieci, bo nie umówiłeś się wcześniej na wizytę...

Od wydania zabezpieczenia spotykam się z dziećmi regularnie. Sąd jednocześnie poprosił o wniosek, który zabezpieczałby kontakty w przyszłości (weekendy, święta, ferie, wakacje). Na rozprawie 17.12.2008r., Ewa G. złożyła stosowny wniosek, w którym między innymi zaproponowała podział wakacji, po połowie. Dzieci miałyby przebywać w lipcu u mnie, w sierpniu u niej. Zaprotestowałem przeciwko takiemu rozwiązaniu, tłumacząc, że nie ma powodów, by dzieci nie widziały się z jednym z rodziców, przez miesiąc. Zaproponowałem opiekę w okresach dwutygodniowych, jako zdecydowanie korzystniejszą. Ewa G. nie zgodziła się na moją propozycję. Sąd również nie dostrzegł niczego złego, w tak długim okresie i zdecydował jak chciała Ewa G. Przy okazji we wniosku, Ewa G. postanowiła spróbować uszczuplić troszkę czasu z moich weekendowych 52 godzin...

Na rozprawie tej Ewa G. złożyła również wniosek o podwyższenie alimentów z 1200zł na 2000zł. Pytania Sądu o podstawy takiego roszczenia, pozostały bez odpowiedzi. Sąd nakazał przedstawienie uzasadnienia, co Ewa G. uczyniła. Pismo, to kolejny dowód, na brudną grę dziećmi, która nie ma nic wspólnego z zapewnieniem im możliwie najlepszych warunków życia. Wypisywanie, że płaci się czynsz mieszkając u rodziców, że chodzi się do psychologa, do którego się nie chodzi, że co miesiąc kupuje się spodnie, m.in. narciarskie, to naciągana próba wyłudzenia pieniędzy, dla siebie a nie dla dzieci. Próba bardzo skuteczna, jak się potem okazało. Sąd poprosił mnie o ustosunkowanie się do tego pisma, co uczyniłem.

Jednym z punktów kosztów, były cykliczne wizyty u psychologa. Ewa G. załączyła zaświadczenie o uczęszczaniu dzieci na terapię. Przypominam, że w czasie, gdy dzieci objęte były opieką naprzemienną, zleciłem obserwację psychologiczną dzieci, psychologowi przedszkolnemu. Psycholog ten, twierdził, że jak na sytuację, w której wtedy się znajdowały, ich kondycja psychiczna była zadowalająca. We Włocławku nastąpiły dramatyczne zmiany opisane w zaświadczeniu, których można było uniknąć. Wymagałoby to jednak odpowiedzialności obojga rodziców. Psycholog przewijał się w pismach do samego końca. Był jednym ze stałych kosztów, które miały uzasadniać podniesienie alimentów. Dzieci twierdzą, że do psychologa nie chodzą, ale w papierach jest, że chodzą i nikogo nie obchodzi prawda.

Na tej rozprawie Sąd odrzucił mój wniosek, miedzy innymi z prośbą o dodatkowy termin widzenia z dziećmi w okresie między świętami a nowym rokiem. Argumentem Ewy G. za tym, by dzieci spędziły czas z nią, była chęć budowania pozytywnego obrazu matki, która w oczach dzieci jawiła się, jako osoba związana z obowiązkami. Ojciec zaś kojarzył się dzieciom z przyjemnością. Moim argumentem za spędzeniem czasu z dziećmi, była chęć wyjazdu z nimi na narty, w pierwszym możliwym od wakacji terminie. Niestety magiczne słowo matka, po raz kolejny dało dowód swojej siły i dzieci zamiast na narciarskim stoku, spędziły czas w bloku. To był już drugi wyjazd dzieci na narty, storpedowany przez ich własną mamę...

Sąd 25.02.2009r. postanowił podnieść alimenty do poziomu wnioskowanego przez żonę, tj. 2000zł. Zaprzeczył tym samym własnym słowom z uzasadnienia decyzji przyznającej 1200zł, ale Sądowi w Polsce wolno w taki sposób demonstrować powagę i niezawisłość i nikt się swojego braku konsekwencji w wydawaniu decyzji nie wstydzi.

8.04.2009r. zapadł wyrok w sprawie rozwodowej. Jak łatwo się domyślić, jestem winien rozpadu małżeństwa, dzieci zostają przy matce a ja mam zapewnić im opiekę ekonomiczną w postaci 2000zł miesięcznie.

17.04.2009r. rozpoczynał się kolejny weekend, przyjechałem i zastałem zamknięte drzwi. Policja, na którą pojechałem by zgłosić utrudnianie kontaktów, odmówiła przyjęcia takiego zgłoszenia, ponieważ... nie miałem przy sobie dokumentu, potwierdzającego zabezpieczenie. Złożyłem skargę na odmowę przyjęcia zgłoszenia i toczę dość ciekawą polemikę z policją. Cała sprawa opisana jest w drobiazgach. 15.05.2009r. sytuacja powtórzyła się. Tydzień wcześniej dostałem sms od żony z pytaniem, czy przyjadę po dzieci, mimo, że z chronologii spotkań wynikało inaczej. Cała ta zabawa ze zmianą terminów, miała jeden cel - 16.05.2009r. Ewa G. miała w rodzinie uroczystość weselną i potrzebowała dzieci. Wyrok Sądu zszedł na drugi plan, gdy zaistniała potrzeba "dysponowania" dziećmi w terminie zabezpieczenia. Działanie było tym bardziej okrutne, że ich brat cioteczny, za którym bardzo tęsknią, miał komunię, na której bardzo chciał zobaczyć się z dziećmi. Po weselu wszystko wróciło do normy - 29.06.2009r. dzieci odebrałem bez przeszkód. Odwiozłem je w niedzielę wieczorem, by we wtorek rano odebrać je na wakacyjny miesiąc. Prosiłem o możliwość pozostania z dziećmi w poniedziałek, ze względów logistycznych. Oczywiście zgody nie było i dzieci dwukrotnie w ciągu dwóch dni, przejechały się z Włocławka do mnie.

main photo13.05.2009r. w drodze do Torunia na spotkanie służbowe, przyjechałem do przedszkola. Przedstawiłem się i poprosiłem o sprowadzenie dzieci na 15min. Nie widzieliśmy się 5 tygodni z powodów opisanych wyżej. Wyszła przedszkolanka i odmówiła sprowadzenia dzieci. Wyjaśniłem jej, że nie ma takiego prawa i musi mi je udostępnić. Siłą zmusiła mnie do opuszczenia przedszkola, zadzwoniłem na policję, która również odmówiła przyjęcia zgłoszenia. Zgłosiłem przestępstwo do prokuratury. Całkiem niedawno w tej sprawie zostałem przesłuchany, m.in. jako oskarżony... Całość w drobiazgach.

Wyrok został zażalony przez obie strony. Ja konsekwentnie wnoszę o powrót dzieci do Warszawy i do opieki naprzemiennej. Udowadniam absurdalność podejmowanych do tej pory decyzji, w świetle zgromadzonego materiału. Zamiennie, jeśli dzieci zostaną we Włocławku, o kilka godzin widzeń więcej i rozsądniejszy podział wakacji (nie miesiąc bez przerwy a co dwa tygodnie). Uzasadnienie jest długie i poparte dowodami. Żona wnosi o mniej czasu dla dzieci ze mną i więcej pieniędzy (3000 zł). Uzasadnienie jest krótkie i jak zwykle absurdalne. Jak zwykle na takie pismo odpowiedziałem.

Zagadka - który wniosek znajdzie uznanie w oczach Sędziów SA?

Ja wątpliwości nie mam - przegram. Pytanie tylko, czy ta przegrana jest przegraną moją, czy dzieci. Ja, po dotychczasowych decyzjach Sądów, od dwóch lat jestem na wakacjach. Właściwie mógłbym odpuścić i kiedyś pokazać dzieciom papiery, które są bardzo mocnym alibi na moją nieobecność w ich życiu w wymiarze, o który się starałem. Pragnę uspokoić tych, którzy mi kibicują - przegrałem bitwę, ale wojna będzie trwała jeszcze kilka lat i zakończy się wtedy, gdy dzieci samodzielnie będą mogły decydować o miejscu swojego zamieszkania. Zamierzam wykorzystać to minimum, które wywalczyłem i żyć z dziećmi tak, by kiedyś podjęły dobrą decyzję.

Strona i zawarte na niej dokumenty będą dostępne jeszcze bardzo długo. Każdy, kto chciałby wykorzystać treści dokumentów, wytworzonych przeze mnie, ma do tego prawo, bez zbędnego pytania o pozwolenie.

Tekst ten będzie na bieżąco uzupełniany...